Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Jogin Śmiechu - Śmiech po zdrowie! Blog Jogina Śmiechu Jogin Śmiechu - Śmiech po zdrowie! Blog Jogina Śmiechu Jogin Śmiechu - Śmiech po zdrowie! Blog Jogina Śmiechu

30.12.2015
środa

Nowy Rok z zupełnie Nową Ewangelią

30 grudnia 2015, środa,

konf2Chciałbym – w odróżnieniu od naszych władz, między karpiem i piernikiem dłubiących poważnie w systemie – uszanować świąteczno-sylwestrowy czas. Dlatego proponuję lekki i głęboki temat apolityczny.

Dawno nie widziałem tak ciekawego, zabawnego i na swój sposób mądrego filmu jak „Zupełnie Nowy Testament”, belgijsko-francusko-luksemburskiej komedii. Nieco o fabule: mieszkający w Brukseli Bóg pod względem lifestyle’owym przypomina swojskiego Ferdka Kiepskiego, a pod względem języka, porywczości i zawziętości – lidera nowego ugrupowania politycznego (to ostatnie odniesienie polityczne – obiecuję).

Taki to Bóg – z nudy przy piwie majstruje w ustawieniach systemu. Prawa, które wprowadza, przypominają prawa Murphy’ego. Typu: „zawsze w supermarkecie kolejka, którą wybierzesz, będzie poruszać się najwolniej” czy „kanapka z dżemem zawsze upadnie dżemem do dołu”. Bez żadnych porównań do liderów politycznych – taki Bóg jest zarazem odrażającym i budzącym politowanie sadystą. Buntuje się przeciw niemu jego 10-letnia córka, której udaje się włamać do komputera ojca i namieszać w systemie, a także podjąć próbę stworzenia – z pomocą brata JC („dżej si”), nowych 6 apostołów i bezdomnego – nową ewangelię miłości. Wszystko prowadzi szczęśliwie do happy endu.

Film stawia ważne pytanie: czy gdyby każdy znał precyzyjną datę swojej śmierci, to czy żyłoby mu się lepiej czy gorzej? Bo tak właśnie się dzieje wskutek rebelii owej 10-latki – wszyscy otrzymują esemesy z precyzyjną datą, ich smartfony odliczają im dni i godziny. Na pierwszy rzut oka – brutalna wizja. Ale po opanowaniu emocji zastanówmy się, co byśmy zyskali, co byśmy stracili, wiedząc? Zwariowalibyśmy czy całkiem rozsądnie przeorganizowali swoje życie? Czy byłby to lepszy świat czy jeszcze bardziej stresujący? Czy traktowalibyśmy życie nieco mniej poważnie czy też wręcz przeciwnie?

Nie zamierzam udzielać odpowiedzi. Nie powiem, „jak żyć?”. Będę mówić z własnego doświadczenia. Wiem bowiem, że ważne zmiany mogłem wprowadzić w swoim życiu dzięki temu, że odszedł mój kolega, a później ojciec. Zdałem sobie wówczas sprawę, że nie chcę już dłużej żyć tak, jakbym był nieśmiertelny. Bo żyłem byle jak, aż w końcu osiągnąłem poziom satysfakcji z kategorii: „jakoś ciągnę”.

Wiem też, że poukładanie spraw duchowych ułatwia funkcjonowanie w świecie. Można je poukładać na różne sposoby, ale ważne, by nie bać się tak wiary, jak niewiary, ani będącego ponad nimi doświadczenia z otwartością na różne scenariusze. Mam głębokie poczucie istnienia wyższej inteligencji w świecie i nie opieram go na wierze, tylko na doświadczeniu płynącym z medytacji i doświadczeń życiowych. Sytuuję się pośrodku – między wierzącymi i niewierzącymi – mając wspólne przestrzenie z jednymi i drugimi, o ile ci czy tamci nie chcą mnie ewangelizować po swojemu. Dopuszczam też, że świat może mnie niejednym zaskoczyć. Najważniejsze jest dla mnie to, by zasiewać intencje radości i miłości oraz wizje lepszego świata – bez przywiązania do konkretnych rezultatów i bez oczekiwań. Bo wiem, że oczekując czegokolwiek od ludzi, sam bym sprowadzał na siebie nieszczęście, bo ludzie mają prawo być, jacy są, w doskonały sposób wiecznie niedoskonali.

Do tego, moim zdaniem, sprowadza się esencja duchowości, żeby żyć w zgodzie ze swoją głęboką prawdą i sercem, z zaangażowaniem budować coś pięknego i dobrego, ale bez oczekiwań. Bo może być różnie. Kilka razy mocno poczułem kruchość mojego życia. Ostatni raz w zeszłym roku na Przystanku Woodstock, gdy zostałem brutalnie znokautowany przez szaleńca, który napadł na mnie w trakcie zajęć jogi śmiechu. Zawsze jednak przychodzili mi z pomocą ludzie. Również wtedy, gdy mało nie utonąłem, samotnie kąpiąc się o świcie w oceanie, który nagle zaczął szaleć wysokimi falami.

Mój programowy optymizm jest optymizmem kształtowanym świadomie i bez złudzeń. Wiem, że zawsze i wszystko jest możliwe w formule all inclusive – z najlepszym i najgorszym. Ale też wiem, że jak jestem w stanie przywołać wizję tego, co odbieram za najlepsze, poczuć ten stan, narysować, opisać, wyrazić ruchem, już zaczynam go doświadczać i zwiększam prawdopodobieństwo jego zamanifestowania.

Na nowy roku polecam zatem zrobić sobie wizualizację marzeń i intencji. Na sylwestrowym wyjeździe z jogą śmiechu, który organizuję, będziemy wspólnie malować i robić kolaże, każdy oczywiście własny. Robiłem to już kilkakrotnie i wiele razy słyszałem, że faktycznie potem wszystko, co ludzie sobie zamarzyli i przedstawili graficznie, zaszło szybciej, niż myśleli. Ja też, oglądając moją mapę sprzed roku, cieszę się niebywale, że nasze dziecko i moja książka są już w drodze i przed zakończeniem może nie polskiego, ale chińskiego czy tybetańskiego roku powinny być na świecie.

Kolejny krok to wyjście ponad dualizm „dobrego” i „złego”, czyli ciągłe ocenianie doświadczeń, by uniknąć frustracji, jak ktoś czy „coś” będzie majstrować w naszych marzeniach. To esencja buddyjskiej filozofii, że wszystkie nasze doświadczenia są puste i nijakie i tylko my, mocą naszych umysłów, oceniamy je jako „dobre” i „złe”. Nie chodzi o to, by nie oceniać, bo życie to ciągła sztuka podejmowania odpowiednich wyborów – ale o to, by nie przywiązywać się do tych ocen. Bo to, czego najbardziej się obawiamy, może okazać się impulsem do zmian, a świat kocha niespodzianki.

Czerpię też ulgę z tego, że zawsze nie wszystko wiem i wręcz jest to dla mnie fascynujące, że czasem wyższa inteligencja zaplanowała dla mnie coś lepszego. Gdybym nie stracił w pewnym momencie pracy, nie mógłbym wyjechać na parę miesięcy do Indii. Ale gdy traciłem pracę, nie wiedziałem jeszcze, że dzięki temu będę mógł skończyć kurs jogi śmiechu w Indiach i zacząć zajmować się w 100 proc. czymś, co będzie dla mnie niebywałym źródłem radości i napędem do życia. Ale w tamtej chwili czułem smutek. Po roku przekonałem się, że potrafię zarobić w jeden weekend więcej, niż tam zarabiałem przez cały miesiąc, i to jeszcze robiąc coś, co będzie przychodziło mi dużo łatwiej. Ale o tym wiem teraz, wtedy nie wiedziałem. Duchowość to sztuka akceptowania tego, na co nie mamy wpływu, i nawet „najgorszy” scenariusz, jaki życie zdaje się chcieć nam napisać, odegrać ze spokojem i śmiechem. Naukowcy wprowadzili już odpowiednie pojęcie, którym chętnie się posługuję – „inteligencji duchowej”. Wkrótce chętnie więcej na ten temat opowiem.

A co do tego, czy chciałbym wiedzieć czy nie, ile czasu mi zostało na ziemi, to wiem jedno. Chciałbym osiągnąć taki stan, żeby nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Wiem, że jestem na dobrej drodze. Bo ostatecznie jak już tu i teraz żyję w taki sposób, w jaki najgłębiej chciałbym żyć, to nawet gdyby okazało się, że deadline się zbliża, to nie mam podstaw, by czegokolwiek żałować. I tego drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy życzę Wam z serca na nowy rok. Im więcej będzie szczęśliwych ludzi wokół nas, tym i nam będzie łatwiej odczuwać i wyrażać radość.konferencja nr 1

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Ciekawe, interesujące podejście do życia. Chyba wpływ buddyzmu. Podoba mi się to co pan robi. Życzę pomyślności.

  2. Dziekuje za powyzsze slowa. Nic dodac, nic ujac.