Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Jogin Śmiechu - Śmiech po zdrowie! Blog Jogina Śmiechu Jogin Śmiechu - Śmiech po zdrowie! Blog Jogina Śmiechu Jogin Śmiechu - Śmiech po zdrowie! Blog Jogina Śmiechu

4.12.2015
piątek

Zamiast szyldów zmieńmy to, co w środku!

4 grudnia 2015, piątek,

Dyskusje polityczne wokół edukacji od kilku lat dotyczą jej zewnętrznej formy, czyli w zasadzie budynku, w jakim mają odbywać się lekcje. Pomija się przy tym sprawy zasadnicze.

Po latach jeszcze niezakończonej zażartej walki o to, czy 6-latków mamy posyłać do przedszkola czy szkoły, doszedł nowy pomysł – by zlikwidować gimnazjum i powrócić do modelu z końca XX wieku.

Czy 6-latek będzie nazywany „przedszkolakiem” czy „uczniem”, a młody człowiek z tymi samym kumplami będzie miał spędzić 6 lat czy aż nudne 8 – spory te nie dotykają sedna problemu. Najistotniejszy temat wymagający pilnej zmiany brzmi dla mnie tak: szkoła od lat uczy nas setek informacji o świecie zewnętrznym, a kompletnie zaniedbuje świat wewnętrzny.

Chciałbym, by tak 6-latkowie, jak 13-latkowie uczyli się świadomości siebie, swoich potrzeb i emocji, ale też empatii. Oraz adekwatnej komunikacji, czyli w sumie inteligencji emocjonalnej. Jaki szyld będzie wisiał na budynku – wydaje mi się zupełnie trzeciorzędne.

Postaram się zaproponować zupełnie alternatywne postulaty zmian w edukacji wobec tych, które słyszymy z mównic sejmowych. Pokażę też, jaki wkład w pozytywną zmianę już w tej chwili wnosi joga śmiechu.

Po pierwsze: psychologia już od przedszkola – i aż po maturę.
Nasz system edukacji w najlepszym razie produkuje niesamowicie inteligentnych ludzi, władających językami, znających historię rozbiorów Polski i potrafiących rozebrać smartfony. A przy tym – praktycznych analfabetów w kwestii rozumienia swoich potrzeb i emocji. I 10-latkowie, i dorośli ludzie nie umieją potem komunikować tego, co chcą, wprost, oczekują, że inni się domyślą, o co im chodzi, obrażają się o byle co. Oczywiście czasem tu i tam mądrzy i świadomi rodzice czegoś dzieci nauczą, zdarzają się też wspaniali wychowawcy, którzy przemycą co nieco na godzinach wychowawczych na marginesie kar i nagrody w postaci wyjścia do zoo. Ale to zdecydowanie nie wystarczy.

Systemowi edukacji potrzeba zmiany na miarę przewrotu kopernikańskiego: mamy nie tylko badać świat szkiełkiem i okiem, a „prawdy serca” szukać w neurotycznych i schizofrenicznych tekstach romantycznych wieszczów, ale szukać zdrowego balansu między umysłem a sercem, lewą analityczną a prawą twórczą półkulą mózgu.

OK, zrozumienie świata zewnętrznego jest ważne, dobrze wiedzieć, skąd się bierze smog nad Krakowem, mieć szersze spojrzenie na powstanie warszawskie itp. Ale temu, co na zewnątrz, należałoby poświęcać już nie 100 proc., a na przykład 80 proc. uwagi. Pozostałe 20 proc. czasu przeznaczmy na to, żeby przyjrzeć się sobie od środka. Zadajmy sobie pytanie: czy nasze dzieci mają mieć tylko głowy pełne wiedzy czy również mają być szczęśliwe? Ani historia, ani fizyka tego szczęścia nie zapewnią.

Może ku temu aspirować jedynie religia, ale niech pozostanie dodatkową opcją, zamiast nieudolnie zastępować psychologię, filozofię i wiedzę o kulturze razem wzięte. Nawet najbardziej katolickie dzieci będą szczęśliwsze, jeśli będą lepiej rozumiały swoje emocje i potrzeby.

Oczywiście ostatnią rzeczą, o jaką bym zabiegał, jest psychologia podana w sztywnej, akademickiej formie: w pierwszym semestrze uczymy, czym jest behawioryzm, a w następnym – czym psychoanaliza. Trochę historii nie zaszkodzi, ale jestem za jak najbardziej pragmatycznym podejściem. Niech te 20 proc. nie przeradza się w kolejną naukę o świecie zewnętrznym, spuentowane komentarzem: „a tak naprawdę to nic nie wiemy”.

Potrzeba przystępnej formy: pełnej gier, zabaw, pozytywnych emocji, wizualizacji kształtujących wyobraźnię i świadomość emocji, ćwiczeń i miniprojektów badawczych. Jak najwięcej też nawiązań do realnych, bieżących sytuacji i trosk. Dorosłym problemy dzieci mogą wydać się śmieszne, ale dla 8-letniej Zosi to może być egzystencjalna tragedia większa niż wszystkie dzieła Szekspira, że Basia z 2c nazwała ją „grubą”.

Gdzieś w głębi tego chodzi o naukę akceptacji siebie, pokochania siebie takim, jakim się jest. To najlepszy początek ku jakimkolwiek zmianom.

Po drugie: zapewnijmy zajęcia relaksacji i radzenia sobie ze stresem.
W poprzednim tekście pisałem sporo o stresie, tutaj przypomnę tylko, że już dziś odpowiada on za 2/3 chorób i wielobilionowe starty dla gospodarki, nie mówiąc o prozaicznym fakcie, że miliony ludzi nie cieszą się życiem i wpadają w uzależnienia. Tutaj tylko zadam pytanie: w jakim wieku zaczyna się stres?

Skoro już od najmłodszych lat poddajemy nasze dzieci stresowi szkolnemu, licznym wymaganiom i ocenom, to nauczmy je technik radzenia sobie ze stresem – oczywiście adekwatnych do ich poziomu rozwojowego. Prowadząc zajęcia z gimnazjalistami czy grupami ze szkół średnich, widzę na starcie podobnie zestresowanych, zlęknionych dorosłych co w call centrach dużych korporacji. Nie widzę dużej różnicy, że ci mają 15 lat, a tamci 25. I ci młodsi, i ci trochę starsi próbują sobie radzić, nie mając żadnej wiedzy. Dowcipkują, ironizują, chowają się za kolegami.

Joga śmiechu pozwala na przykład poprzez zabawę odreagować stres, pobudza kreatywność. Tak w Indiach, jak w Kanadzie są szkoły, które zatrudniają ekspertów od tej metody. Nie upieram się wcale, że jest ona najlepsza. Wprowadzajmy pilotażowe projekty różnych innych metod: mindfulness, tai chi, odreagowywanie gniewu na zajęciach inspirowanych metodą Lovena itp. Jestem bliski opinii, że zintegrowane podejście łączące wiele metod może się okazać strzałem w dziesiątkę. W każdym razie bądźmy konsekwentni. Skoro testami i presją na wyniki fundujemy młodym iście dorosły stres, dajmy im iście dorosłe techniki radzenia sobie z nim – zanim będzie za późno.

Po trzecie: Od najmłodszych lat uczmy świadomości potęgi naszych umysłów.
Einstein powiedział kiedyś, że coś wydaje się niemożliwe, dopóki nie zjawi się ktoś, kto o tym nie wiedział i to zmienił. Psychologia pozytywna to bodaj najprężniej dziś rozwijający się nurt psychologii. Martin Seligman, jeden z jej czołowych przedstawicieli, przyczynił się swoim dziełem „Optymizmu można się nauczyć” do powstania pedagogiki optymizmu. Dla psychologów dziś to dobrze zbadana oczywistość, że wcale nie jest tak, że jedni się urodzili pesymistami, a inni optymistami – i tak już pozostaje.

Tymczasem każdy człowiek, niezależnie od pochodzenia i genów, może zacząć z większym optymizmem spoglądać na swoje życie i poszczególne zdarzenia. Bo każde wydarzenie samo w sobie nie jest ani dobre, ani złe – wszelkie oceny to możliwe interpretacje. Wiem z dzisiejszej perspektywy, że musiałem stracić dobrze płatną etatową pracę, którą nie do końca lubiłem, żeby trafić do Indii i skończyć kurs jogi śmiechu. Nawet tak, wydawałoby się, jednoznacznie smutne wydarzenie jak odejście mojego ojca było dla mnie impulsem do wprowadzenia pozytywnych zmian w życiu – by żyć pełnią, ze świadomością własnej śmiertelności, bez odwlekania tego, co najważniejsze, na jakieś kiedyś.

To trochę jak z wojnami. Są straszne i róbmy wszystko, co możemy, żeby ich uniknąć, ale też z perspektywy czasu możemy dostrzec, że świadomość okropieństwa drugiej wojny światowej wiele pomogła w tworzeniu pewnej pokojowej równowagi w powojennym świecie; bez niej nie mielibyśmy filozofii egzystencjalnej, kina Felliniego czy wczesnego Wajdy. Nie znaczy to, że dobrze się stało, że doszło do wojny, tak jak nie znaczy to, że dobrze się stało, że mój ojciec zmarł, będąc jeszcze w sile wieku. Jedyne, co mówię, to że przy odpowiednio konstruktywnym podejściu każdy kryzys możemy potraktować jako impuls do nauki i zmiany.

Sporo dziś wiemy o tym, jak nasze przekonania wpływają na rzeczywistość – stąd wielkie powodzenie coachingu, warsztatów rozwojowych. Wiemy, że jeśli nasza świadomość nie dopuszcza nawet myśli, że moglibyśmy być zdrowi czy bogaci, to szanse na to są marne, a czasem zerowe. I w drugą stronę – jeśli potrafimy coś sobie wyobrazić, to już zrobiliśmy pierwszy krok, by to się ziściło.

Jestem za tym, by przynajmniej w ramach pilotaży w szkołach wprowadzać zajęcia z nauki optymizmu i dostrzegania szans na rozwój w każdej sytuacji – łącznie z tymi najtrudniejszymi. Doktor Kataria, założyciel jogi śmiechu, mawia: „twój umysł może być w depresji, ale wystarczy, że przyprowadzisz na zajęcia swoje ciało”.

Po czwarte: Nauka współpracy – czemu nie od przedszkola?
Prawdopodobnie każdy polski menadżer przyzna mi rację – jednym z jego największych problemów jest to, by genialne jednostki zechciały grać zespołowo do jednej bramki. Za moich czasów, a maturę robiłem 15 lat temu, współpracy właściwie nikt nas nie uczył, a ze wspólnych działań przypominam sobie tylko grę w piłkę i jeden referat o przyszłości internetu.

Trochę się teraz zmieniło. W gimnazjach i szkołach średnich wprowadzono projekty uczniowskie. W mojej poprzedniej pracy miałem przyjemność pracować z najaktywniejszymi nauczycielami i uczniami, którym chce się więcej – zabierają się za wolontariat, organizują wspólnie imprezy, propagując sprawiedliwy handel i świadomą konsumpcję, organizują w swoich miejscowościach gry terenowe. Ale wiem, że to dopiero pierwsze dzwony zmian.

Współpraca powinna umiejscowić się w sercu edukacyjnego programu już od najwcześniejszych lat, bo to naprawdę procentuje, niezależnie od tego, do jakiego miejsca pracy potem się trafi.

Po piąte: Nie wystarczy tworzyć enklawy, czas zmieniać mainstream!
W zeszłym miesiącu zostałem zaproszony do prywatnego przedszkola w powiatowym mieście w Wielkopolsce. Prowadzi go bardzo świadoma osoba, która troszczy się o to, by maluchy nie tylko znały języki obce, ale by miały większą świadomość swoich emocji.

Sama zainwestowała w zajęcia, mimo że rodzice mówili, że lepiej zabrać dzieci na kolejny teatrzyk. Większość moich znajomych rodziców korzysta w tej chwili z różnych, najczęściej opłacanych z prywatnej kieszeni alternatyw edukacyjnych: szkół demokratycznych, Montessori, szkół waldorffskich, edukacji domowej. Bardzo się cieszę z tych wszystkich innowacji i miejsc, gdzie młodzi ludzie mogą nazwać swoje emocje, rozwinąć twórczą prawą półkulę mózgową na równi z lewą analityczną – i niech będzie ich jak najwięcej.

Ale też mam świadomość, że to nie wystarczy. To wciąż nasze jakże polskie znajdowanie prywatnych odpowiedzi na publiczne problemy i tworzenie małych bardziej świadomych wysepek na morzu cierpienia, stresu i przymusu. Czas zmienić mainstream – nie tylko wyjmować swoje dzieci z publicznego systemu edukacji, ale dążyć do tego, by polska szkoła wyszła wreszcie z okowów XIX-wiecznego pruskiego systemu.

Bo ostatecznie wszyscy jesteśmy połączeni, chodzimy po tej samej ziemi i oddychamy tym samym powietrzem. Zresztą mamy już przedsmak tego, że w systemie demokratycznym mniej świadoma większość może swoimi wyborami nieźle uprzykrzyć życie bardziej świadomej mniejszości. Dlatego nie dawajmy się wciągać w dyskusje o szyldach i opakowaniach, zabierzmy się za treść i za to, co jest w środku.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Nareszcie coś rozsądnego pan pisze. Tylko trafił pan na kiepskie czasy. Całą parą do tyłu.

  2. Dzięki za te słowa. Nie wiem czy ktoś się nimi przejmie, ale wierzę, że tak. Pracuję z dziećmi i rodzicami od wielu lat i wiem na pewno, że to czego najbardziej potrzebują to bycia z nimi, wysłuchania i uczenia, jak poradzić sobie z tym co czują. Dorośli mają problem, by nazwać swoje potrzeby i stany emocjonalne, nie potrafią też o nich mówić, więc nie uczą tego swoich dzieci. Wielu nauczycieli uważa, że mówienie o swoich emocjach jest nieprofesjonalne. Jest w tym sporo lęku. Szkoła jest obecnie pełna lęku nauczycieli przed rodzicami, dzieci przed nauczycielami, rodziców przed nauczycielami itd…Coraz więcej przepisów, coraz więcej regulaminów, coraz więcej skarg i coraz mniej wzajemnego szacunku, życzliwości, zrozumienia. Próbuję to uświadamiać tym, którzy chcą mnie słuchać, ale chwilami czuję się wypalona. Chętnie wezmę udział w akcji zbierania podpisów pod inicjatywą obywatelską dotyczącą zmian w programie nauczania na każdym etapie edukacji. Pozdrawiam.

  3. Jako praktyk próbuję to robić 15 lat. Ciężko, bez wsparcia. Za dużo przeciwników, rozproszenie i brak odpowiedzialności.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. 1.Największym problemem polskiej edukacji jest jej nieprawdopodobna wręcz i niespotykana biurokratyzacja, formalizacja, centralizacja i uniformizacja. Dlatego każde głupstwo z Alei Szucha 25 odbija się tragicznym echem w całej Polsce, a nauczyciele, dyrektorzy i samorządy nie mają dość PRZESTRZENI do adaptacji uwzględniającej LOKALNE możliwości i szanse. Żadna „nauka współpracy” czy inne miękkie umiejętności nie zostaną wytworzone w szkole rozliczanej z „przerobienia” (właściwie wpisania) kolejnych tematów 🙁
    2. Struktura szkoły ma znaczenie choćby psychologiczne(inaczej się funkcjonuje w starej i znanej z wzajemnością (!)8-latce, a inaczej walcząc o pozycję w nowej klasie gimnazjalnej, inaczej funkcjonuje 15 latek będąc najstarszym w gimnazjum, a inaczej będąc najmłodszym w szkole zdominowanej przez dorosłych maturzystów) , ale też i czas na przystosowanie się do nowych warunków zależy od ilości szczebli.
    3. Szkoła i przedszkole funkcjonują inaczej – dlatego 6-latek lepiej się będzie uczył (nawet tego samego!) w przedszkolnej zerówce, a inaczej w klasie I podstawówki … 😉
    W Polsce wszyscy najlepiej znają się na oświacie bo każdy chodził do szkoły . Dlatego tyle tekstów na jej temat w konwencji „Nie znam się, ale się wypowiem” … 😉

  6. Jestem emerytowaną nauczycielką matematyki i w pełni podzielam Pana pogląd na potrzebę zmiany szkoły wyrażony w artykule. Z tym tylko, że reformę proponuję zacząć od nauczycieli. Od poddania ich testom psychologicznym, które potwierdziłyby ich możliwości psychiczne do wykonywania tego zawodu (które odsiałyby zaburzonych i niedojrzałych). Następnie, tych, którzy zaliczyli testy należałoby wysłać na obowiązkową psychoterapię (100 godzin – polecam Gestalt), żeby poznali siebie, poznali swoje uczucia i emocje, poznali swoje potrzeby, a przez to stali się uważni i empatyczni (a tych, którzy nie zaliczyli – zwolnić). Jestem przekonana, że tylko tak przygotowani nauczyciele mogą uczyć dzieci tego wszystkiego, o czym Pan tak pięknie pisze.

  7. Generalnie sensowny wpis z jedną korektą i z jedną sugestią.
    Korekta: „fizyka” czy inny PORZĄDNIE opanowany dział wiedzy jak najbardziej potrafi zapewnić szczęście. Choćby w postaci pracy, która nie jest codzienną katorgą tylko płatnym hobby.
    Sugestia: Zamiast/obok tych jak dla mnie dziwacznych form relaksacji proponowałbym umycie/posprzątanie/wypranie w domu starej, samotnej osoby. Zastąpienie na parę godzin rodziców opiekujących się ciężko chorym dzieckiem. Takie dobre uczynki IMHO dają nieporównanie większego kopa od indyjskich dziwadeł.

  8. @VB
    A jak już Pani wyrzuci tych wszystkich nauczycieli, to kim ich Pani zastąpi? 600 tysięcy aniołów 38 milionowym kraju za dość marne pieniądze znaleźć niełatwo … 😉

  9. Jestem daleki od wyrzucania nauczycieli, zachęcam do stopniowego wprowadzenia kursu na kreatywnść, współpracę i świadome kształtowanie optymizmu, ale bliskie jest mi powiedzenie „co nagle to po diable” czyli krok po kroku zaczynajac od sensownych pilotaży w wybranych szkołach i wierząc w zdolność każego człowieka do uczenia się nowych rzeczy.