Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

12.12.2016
poniedziałek

To nie jest kraj (dla) miłych ludzi?

12 grudnia 2016, poniedziałek,

8474-maleLakshmi i Durga stały same na przystanku autobusu. Takiego autobusu, co to każe na siebie czekać. W takiej jesienno-zimowej mrzawce, która bywa wyzwaniem dla największych optymistów. Dwie boginie. Albo przynajmniej dwie indyjskie dziewczyny noszące imiona bogiń. Rozmawiały w jednym z wielu języków Indii, w charakterystyczny dla mieszkańców Hindustanu sposób kiwały głową na znak uprzejmości i podtrzymania konwersacji. Odważyłem się do nich uśmiechnąć. Miałem wybór: albo stać jak pal w tym deszczu kolejnych 15 minut i pisać oczami wyobraźni historię o nich, albo spróbować spędzić razem tę chwilę.

Moje świeżo poznane koleżanki bardzo się ucieszyły, że się do nich odezwałem. I zaskoczyły mnie, bo powiedziały, że jestem pierwszym Polakiem, który się do nich odezwał. I do tego jeszcze wydał im się miły. – Mamy wrażenie, że ludzie nas tutaj nie lubią – słuchałem zdumiony. – No i nikt nie mówi tu po angielsku. Dalej wierzę, że mimo ciężkiego klimatu politycznego i narastającej antyimigranckiej retoryki tradycyjna polska gościnność obowiązuje. Bo co innego ten „wielki świat” z ekranu telewizora, a co innego zwykłe i prawdziwe spotkanie człowieka z człowiekiem.

Owszem, czasem słyszymy, że tu i tam ktoś pobije Araba czy Afrykanina, ale dalej chcę wierzyć, że to jakiś niewielki margines psychopatów i kryminalistów, a duch naszego narodu jest inny, właśnie przyjazny i gościnny. Ba, chcę nawet dalej wierzyć, że zwykły „osiedlowy dresik” szanuje Aliego z Pakistanu, który mu przyrządza kebaby. I jakoś sobie to wszystko w głowie układa w konstrukcję typu „nie lubię muzułmanów z wyjątkiem Aliego i w sumie ten drugi, co czasem go zastępuje przy kiju, też jest OK”. Nie znam lepszej drogi, żeby pokonać uprzedzenia, niż poznanie kolejnych dziesięciu „Alich”, którzy są „OK”, co może sprawić, że cała konstrukcja uprzedzeń będzie już nie do utrzymania.

Ale najwyraźniej ta sama rzeczywistość może wyglądać inaczej z perspektywy osoby nieznającej naszego języka i delikatnie mleczno-czekoladowej karnacji, jak to jest w przypadku Lakshmi i Durgi. Obie kobiety przyjechały tutaj studiować. Jak udało mi się ustalić, wyjeżdżając, uwolniły się od presji rodziny na małżeństwa z mężczyznami, których nawet nie znały. Do tego szukają nadziei na lepsze życie niż to, jakie gwarantuje call center w Bombaju, w którym pracuje się po 14 godzin dziennie.

Zaprosiły mnie do siebie na kolację. Ich mieszkanie w starej kamienicy na Mokotowie wyglądało tak, jakby wczoraj zmarła w nim moja prababcia. Pośrodku pokoju wisiał wielki krzyż już z nieco odpadającym Jezusikiem (choć w Indiach mieszka trochę chrześcijan, to obie dziewczyny są hinduistkami). Stara meblościanka, na której stały różne wychuchane kryształowe miski, figureczki z porcelany – może i z Ćmielowa, ale z tych mniej urokliwych – Biblia, „Trylogia” Sienkiewicza, a nawet ciężki od kurzu Kraszewski, po którego już chyba nikt nie sięgnie. Gdzieś pomiędzy filiżankami – których indyjskie lokatorki pewnie nie śmiałyby dotknąć – ustawiły sobie plastikowego Ganesza, czyli indyjskiego boga z głową słonia, który dba o pomyślność interesów w każdej indyjskiej restauracji, a w taksówkach, którymi jeździłem po Indiach, jest czymś pomiędzy świętym Krzysztofem a GPS-em. W szerokich kompetencjach Ganesza jest bowiem usuwanie przeszkód z drogi tak dosłownie, jak metaforycznie, ale też opieka nad domem i obfitość, choć tutaj pierwsze skrzypce gra właśnie bogini Lakshmi. I tak kontempluję sobie, jak ten mały Ganesz próbuje się jakoś wymościć pośrodku naszej narodowej tradycji.

Dziewczyny przyrządziły penne z serem i, nieco egzotyczne dla mnie, tosty z naszego chleba powszedniego tostowego nadziewanego ziemniakami i papryką chilli. Mówiły, że nie wiedziały, czy ja lubię indyjskie curry czy dhal, i czy indyjska kuchnia nie jest dla mnie zbyt pikantna, więc zaproponowały mi „coś z kuchni kontynentalnej”, posługując się malowniczym zwrotem, który pozostawili po sobie w Indiach Brytyjczycy. Ważne, że przyrządzone z sercem, więc i smakuje poprawnie. A później w rozmowie wyszło, że niełatwo im tu gotować po indyjsku, bo nawet kolendry nie mają gdzie dostać. O nieodzownym dla tylu potraw serze paneer nie wspominając. Znów przekazałem im silną wiarę w mój kraj, mówiąc, że i dobrze zaopatrzone sklepy indyjskie mamy – i że mogę je tam zabrać.

Przy stole zacząłem pomagać, ile potrafię, w lepszym zadomowieniu się w naszym kraju. Umówiłem im koleżankę, która będzie je uczyć polskiego. Pytały mnie też o miejsca, gdzie są fajne imprezy, gdzie mogłyby poznać ludzi, a przy sprzyjających wiatrach nawet i chłopaka poznać. Z tym już nie było tak łatwo, bo studencki okres imprezowy mam za sobą, ale powiedziałem, że jak tylko będę miał pomysł, to coś wspomnę.

Wiem, że są między nami różnice kulturowe, które mogą wprawiać w zakłopotanie lub wzmagać pozytywne zdumienie różnorodnością świata. Jako że niezły kawałek życia spędziłem w Indiach, jest mi łatwiej je zrozumieć, choć i tak nie we wszystkim. I tak o 18 podały mi kolację, ale z jednym nakryciem – tylko dla mnie. – Hej, ja chętnie zjem z wami – zawołałem. – Podzielmy się tym jedzeniem. – Ale my mamy dla siebie, zjemy, ty jedz. – Zapewniły mnie, że mimo że są głodne, to trzymają się ściśle pór posiłków i planują zacząć jeść punktualnie o 20. Dla mnie zaś przygotowały wcześniej. Przypuszczam, że w tym akurat przypadku chodziło o coś innego niż stałe pory kolacji, które faktycznie też w Indiach obowiązują. Pamiętam, jak w pociągach około 20 panowie w odpowiednich mundurkach, którzy przez większość dnia krzyczą: „Coffee! Coffee! Chai! Chai! Chai!”, roznoszą kolację. Wszyscy jedzą i jak jeden mąż z pełnym żołądkiem kładą się spać o 21, ale…

Obstawiam, że po prostu moje koleżanki są tak kulturowo przysposobione, że mężczyźni muszą zjeść pierwsi i mimo że są poza Indiami, niełatwo im się przystawić. Poza przypadkiem obytych w świecie zachodnim Hindusów z wielkich miast, u których zdarzyło mi się bywać na kolacjach. Pamiętam, jak odwiedziłem wioski w pobliżu Sirsi w Karnatace w trakcie mojego pierwszego pobytu w Indiach. Szykowałem wówczas reportaż o miejscowej ludności, ich walce o obronę drzew i rzek, bo tam właśnie zaczął się indyjski ruch ekologiczny. W każdej z wiosek byłem goszczony przez najbardziej wykształconego człowieka z kasty braminów, pełniącego funkcję zbliżoną do naszego sołtysa. Często to byli nauczyciele pracujący w szkołach, biegli w angielskim i sanskrycie. Niemniej za każdym razem kobiety podawały thali na bananowych liściach najpierw mnie, mojemu przewodnikowi i innym mężczyznom z rodziny – łącznie z najmniejszymi chłopcami. Ciągle dokładały nam ryżu, sosu sambar, warzyw, bo indyjska gościnność jest taka jak polska. I dopiero gdy skończyliśmy, to sprzątały po nas i same zasiadały do jedzenia. W dużych indyjskich rodzinach mieszkających w niedużych domach, pomimo oczywistego patriarchalnego kontekstu, to rozwiązanie jedzenia na dwie tury mogło być całkiem praktyczne.

Jednak, jakby tego było mało, przyniosły do kolacji butelkę wina i jeden kieliszek – tylko dla mnie. – Słyszałyśmy, że tu, w Polsce, lubicie do kolacji pić wino. Rozmawiałem z nimi trochę o Indiach, o moich podróżach i tłumaczyłem im życie w Polsce, także to, że jesteśmy kulturą podobnie rodzinną do indyjskiej. Opowiadałem też, że Polacy, jeśli już piją, to – poza przypadkami tych, którzy piją zawsze, wszędzie i na umór – raczej pijemy razem. Ucieszyłem ich też, że jestem wegetarianinem; nie sądziły, że w Polsce jest ktoś, kto nie je mięsa. Lakshmi nigdy nie jadła mięsa – od urodzenia jest wegetarianką. Durga zaś jada kurczaka, ryby, ale na pewno nie wołowinę.

Przeszliśmy do rozmowy o kinie. Powiedziałem im, że bardzo podoba mi się indyjski film „Lunchbox” (polski tytuł: „Smak Curry”). To urokliwa historia miłosna zbudowana wokół termosów, w których indyjskie żony codzienne gotują lunch dla mężów pracujących w korporacjach w centrum Bombaju. Jak to w Indiach, wszystko jest świetnie zorganizowane w pozornej prowizoryczności, więc istnieje cały system zbierania, wożenia koleją i odbioru termosów. Lakshmi kojarzyła nawet film i od razu wymieniła głównego aktora („Irrfan Khan!” – swoją drogą każdy znany indyjski aktor, z wyjątkiem Amitabha Bachchana, ma na nazwisko właśnie „Khan”), po czym wyjaśniła mi, że to przykład „slow action movies”, czyli „kina wolno toczącej się akcji”, które uznaje za nudne, bo lubi „fast action movies”. A te „kina szybkiej akcji” to ni mniej, ni więcej klasyczny Bollywood – najlepiej z Sharukiem Khanem – trwający kilka godzin, pełen piosenek i choreografii. To, że nam może się wydawać, że jest wręcz przeciwnie, że akcja toczy się tam bardzo powoli lub że właściwie jej nie ma, to już inna sprawa. Pomyślałem, że zaproponuję Laskhmi i Durdze seans filmu „Disco Polo”, który uważam za najbardziej śmiały, radosny, a pod względem rozmachu najbardziej bollywoodzki obraz polskiej kinematografii ostatnich lat. I bardzo jestem ciekaw ich odczuć, może zobaczą podobieństwa między naszymi kulturami. Niejako w temacie kina zaproponowałem im również, że mogę zabrać je na Most Gdański, z którego spadł do Wisły autobus w kręconym w Warszawie bollywoodzkim filmie „Kick”. Tego filmu dziewczyny niestety jeszcze nie widziały.

Opowiedziałem im też o tym, jak podróżowałem pociągiem przez Bihar – najuboższy stan Indii, gdzie we wszystkich malutkich kuszetkach w moim wagonie spało po trzech, przytulonych do siebie „na łyżeczkę”, facetów, a kolejni leżeli w podobny sposób na podłodze. Pośmiały się ze mną. Dziewczyny pochodzą z bogatego (jak na Indie) Gudżaratu, a w ich kraju opowiada się żarty o Biharze – tak jak u nas o Wąchocku. Stopniowo Lakshmi zaczęła otwierać się przede mną i zdradziła mi dylemat, przed którym stoją. Ze studiów w zupełnie nieznanej mi „wyższej szkole reklamy, mydła i powidła” znajdującej się pod Warszawą, w miejscowości, której nawet nie podejrzewałem o posiadanie uczelni wyższej, nie są zadowolone. Chciałyby zacząć pracować w Polsce – w Indiach skończyły już wcześniej studia, tylko że studia były im potrzebne do tego, by dostać wizę do naszego kraju. Teraz potrzebowałyby innej wizy, takiej, która pozwalałaby na pracę w Polsce. Mówią, że znają jakichś ludzi, którzy proponują im, że taką wizę im załatwią, tylko że za kilka tysięcy euro od osoby. Mają krewnych w Ameryce i może nawet byłyby w stanie załatwić na to, powstańczym zrywem, fundusze, ale spytały mnie o radę. Odradziłem im korzystanie z tego typu „pomocy”, powiedziałem, że zbadam legalne sposoby zdobycia tego typu pozwoleń, a sam chętnie skieruję je do organizacji pozarządowych świadczących pomoc prawną obcokrajowcom. Choć przypuszczam, że zdobycie tych pozwoleń może być niełatwe, o ile w ogóle możliwe. Ale na początek może zabiorę je na plac Hallera do Centrum Wielokulturowego, to poznają więcej imigrantów, fajne inicjatywy, takie jak Imiradio, i ludzi lepiej zorientowanych w temacie.

Tuż przed 20 wyszedłem z kolacji, by mogły zjeść. Fakt, że zaczynało nam pomału brakować tematów do rozmów, choć szczęśliwie czułem, że jakoś im to mocno nie przeszkadza. Trochę mi przeszkadzało, że dziewczyny przy mnie rozmawiały ze sobą w gudżarati, a nie po angielsku, ale cóż, pewnie one z kolei słyszą cały czas, jak ktoś rozmawia przy nich po polsku. Choć może przy kolejnej okazji ośmielę się zwrócić im uwagę. Życzę im w naszym kraju jak najlepiej i chcę pomóc, by czuły się u nas jak u siebie w domu. Choć tak się akurat składa, że za niespełna miesiąc jadę z moją wyprawą do Indii, więc może ktoś z Was ma ochotę mnie zastąpić?

Imiona bohaterek zostały zmienione. Tak na wszelki wypadek, bo świat jest mały…

PS Na 7 maja 2017 roku wyznaczyłem premierę mojej drugiej książki – „Indie. Z miłością i śmiechem. Przewodnik subiektywny”. Będę tutaj publikował przedpremierowe fragmenty książki.8236-malefot. Julia Delbar, Atelier Klitka

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop