Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

13.10.2016
czwartek

Pocztówka z Hiszpanii 

13 października 2016, czwartek,

hiszp4Mamy od niedawna piękne i oswojone już miejsce w Hiszpanii – to Cullera, malownicza i cicha (przynajmniej po sezonie) miejscowość na wschodnim wybrzeżu w pobliżu Walencji.

W Cullerze mamy też już „swoje” miejsce na plaży, gdzie dzień w dzień spotykam tych samych bywalców.

Miejscowemu samorządowi należą się pochwały za stworzenie na plaży przestrzeni dla niepełnosprawnych z krytym bambusowym dachem i dojazdem z drewnianym podjazdem dla wózków. Spotykają się tutaj niepełnosprawni, ich rodziny, a także rodziny z niemowlakami, w tym nasza.

Babcia Mercedes z naszą córką

Babcia Mercedes z naszą córką

Kiedy stawiam się z rana sam na kąpiel, a żona i córka jeszcze śpią, to pyta mnie o moją Rozalkę babcia Mercedes, która pokazując kołyszące ruchy ramion, daje mi do zrozumienia, że tęskni za naszą pociechą, po hiszpańsku „ninią”*. Sama ma pięcioro wnuków, już dorosłych. Mówi, że chce być babcią dla wszystkich dzieci. Zresztą już kilka razy tuliła naszą młodą.

Z kolei dziadek Angel, który opiekuje się niepełnosprawną córką i przyprowadza ją tu na wózku, przepracował sporo „na saksach” w Niemczech i chce rozmawiać w języku Goethego. Gdy się dowiedział, że ja z kraju o hiszpańskiej nazwie Polonia, to założył, że na pewno znam język swoich zachodnich sąsiadów. Choć lepiej znam język Cervantesa, chcę zrobić mu przyjemność i tak codziennie sobie z nim trochę wesoło „szprecham”.

Kiedy mnie zobaczył bez małej, zawołał z daleka: „Guten Tag! Und das Kind? Wo ist das Kind? Kommt sie heute?”. Wszyscy na swój sposób tęsknią za Rozalką, żeby choć przez minutę rozpromieniła im życie swoim uśmiechem. Cieszą się, że ma hiszpańskie imię Rosalia („Rozalija”) i zachwycają ich jej blond włosy i błękitne oczy. Oczywiście tak samo jak naszych by zachwycały ciemne oczy i włosy hiszpańskich maluchów. Kolejnym osobom tłumaczę więc cierpliwie, że wyjątkowo jestem sam, a mała odpoczywa z mamą.

Nadszedł poniedziałek, schyłek urlopu. Wróciła już do swojej La Manchy Pilar z córką Caroliną, z którymi rozmawiałem o pielgrzymce do Santiago. Wyjechali też Fernando i Mar – bardzo sympatyczna para z dwojgiem chłopców, 5 i 8 lat, miejscowi, mieszkający 30 kilometrów stąd. Starszy chłopiec tłumaczył mi w urokliwy sposób, co mówił młodszy, który zna tylko lokalny język valenciana. „Le cuesta mucho hablar espanol”, czyli dosłownie: „dużo go kosztuje, żeby mówić po hiszpańsku” – wyjaśniał ojciec. Bo w rodzinie i w szkole wszystko tylko w valenciana, języku, który w Barcelonie uważają za co najwyżej dialekt katalońskiego, choć miejscowi zapierają się, że to zupełnie inny język, a „kraj Walencja” to do końca nie Hiszpania, ale też nie Katalonia.

Dużo to mówi o dzisiejszej Hiszpanii, tak dumnej ze swojej różnorodności kulturowej i tak mało „hiszpańskiej”. Ale przedkładając potrzebę komunikacji nad potrzebę zaznaczania odrębności, ufam, że jak młody Manel za te 3 lata dogoni wiekiem brata, będzie przynajmniej mówił po kastylijsku – jak teraz brat. Wtedy lepiej zrozumiem jego przygody z meduzami.

Pojawia się też miły pan ze Sri Lanki z żoną i 8-miesięcznym chłopcem Tibelem, dosłownie tydzień starszym od naszej córy. Jak się dowiedziałem, na co dzień tato Tibel pracuje na lotnisku w Madrycie, sprząta samoloty. Ma koleżankę z Polski, która świetnie gotuje i pyta mnie, czy to u nas powszechne. I czy w Polsce mieszka trochę ludzi ze Sri Lanki, bo mówi, że w jego kraju średnio się żyje i po całym świecie ludzie się porozchodzili.

Raj, mały chłopiec z Pendżabu, Sikhowie opanowali handel owocami w Cullerze, co sprawia, że poznajemy nowych przyjaciół z Indii. Raj chciał podarować naszej córeczce swój urodzinowy balonik.

Raj, mały chłopiec z Pendżabu, Sikhowie opanowali handel owocami w Cullerze, co sprawia, że poznajemy nowych przyjaciół z Indii. Raj chciał podarować naszej córeczce swój urodzinowy balonik.

Główne skojarzenie wszystkich z krajem o nazwie „Polonia” to szczęśliwie nie Jarosław Kaczyński ani też nie Lech Walesa. Nawet nie Robert Lewandowski. Pierwsze automatyczne skojarzenie pozostaje niezmienne od 12 lat, od czasu, gdy tutaj studiowałem. Brzmi ono następująco: „Polonia?” (wymawiana długo, z lekkim zdziwieniem, po czym chwilą milczenia, czasem „eee!”) i „Mucho Frio!”. Czyli: Polska to po prostu „wielkie zimno”, coś w rodzaju krainy wiecznej zmarzliny. Pewnie przeciętny Hiszpan wyobraża sobie Polskę tak jak my Syberię z tajgami i tundrami. Tłumaczę za każdym razem, że nie zawsze jest tak zimno, że lato bywa i u nas gorące, w naszym Mar Baltico da się nawet w lipcu pływać, a i czasem we wrześniu upał się trafi. Ale wiedza o Polsce jest większa niż kiedyś, niejeden ma jakieś „amigo” czy szwagierkę z Polonii, a jeden pan powiedział nawet, że jego brat zatrudnia Polaków do zbioru mandarynek i to świetni pracownicy, więc gdybym chciał zostać do listopada…

W niedziele przeszliśmy się po miasteczku, weszliśmy na wzgórze z zamkiem i sanktuarium, zeszliśmy do starej części miasta. Spotkaliśmy akurat ludzi tańczących miejscowy taniec nazywany „muixeranaga”. Taniec jest wielopokoleniowy, a ludzie formują ze swoich ciał wieże, na szczyt których wchodzą małe dzieci.

Członkowie lokalnego stowarzyszenia raz w miesiącu proponują taki spektakl tańca na ulicach Cullery. Co piękne, w tańcu tym biorą udział również napływowi mieszkańcy – pendżabscy chłopcy w małych turbanach, dziewczynka o czekoladowej skórze z pięknym jamajskim afro na głowie, skośnookie bliźniaki. I tak się rozmarzyłem, jak to by było piękne, gdyby też w naszych zespołach ludowych pojawiali się ciemnoskórzy czy azjatyccy tancerzy. Albo dajmy na to w takich grupach rekonstrukcyjnych. Wyobrażają sobie Państwo młodych Polaków wietnamskiego pochodzenia, z wyraźnie azjatyckimi rysami, wychodzących z kanałów?

To zaś, jak jesteśmy bliscy Rosjanom i do nich podobni, dostrzec można łatwiej z dystansu – na przykład w Cullerze, gdzie znalazłem rosyjski sklep. Normalnie ma napisy w bukwach – „magazin” – i podświetlany neon z piwem Baltika. Zajrzałem z radością, witając pana hiszpańskim „hola!” i rosyjskim „zdrastwujtie!” naraz. Od razu zwróciłem uwagę na cały wybór ogórków kiszonych łącznie z takimi, które dotarły tu aż z Krasnojarska. Szybko okazało się, że sprzedawca zna polski i na dodatek zadbał o Polaków. Miał bowiem dżem z Łowicza i trzech „braci”: Lecha, Żubra i Żywca. I myślicie, że jakiś Hiszpan wpadłby na to, by tak zadbać o naszych rodaków, tak by mogli ojczystego browara na hiszpańskiej plaży pić?

I tak tutaj wypoczywam i cieszę się drobnymi konwersacjami, uśmiechami, o które tutaj dużo łatwiej – w kraju bez „mucho frio”. Być może rozczarowani moim tekstem powiecie w komentarzach, że co to za prywata, że na blogach POLITYKI można by przecież oczekiwać jakichś świeżych idei, ważnych opinii o rządzie i nierządzie, głosów w wielkich sporach o Polskę i świat. Ale niech Państwo zauważą, ze w dzisiejszych czasach takie zwykłe spędzanie wakacji w innym kraju to już coś. Co więcej, przedstawiając takie, może nawet i banalne, historie z codzienności w środowisku międzynarodowym, pokazujemy, że ta nasza wspólna „babcia” Unia nie jest takim złym pomysłem. I bez takiego „Erasmusa”, na którego wyjechałem jako student do Hiszpanii, pewnie nie opanowałbym tak dobrze hiszpańskiego i nie czuł się tak dobrze w kraju Realu i Barcelony.

I jeśli będziemy pokazywać, że w każdym człowieku widzimy po prostu człowieka i chętnie nawiązujemy z nim kontakt w dobie lęków przed innością, przed walącymi do bram narodowego dobrobytu uchodźcami, Niemcami czającymi się na polską ziemię i Rosjanami niechcącymi przeprosić za to, że są Rosjanami… „Hombre, esto ya es mucho!” – zawołają Hiszpanie – człowieku, to już naprawdę jest bardzo wiele!

Na naszej plaży z imienniczką córki, panią Rosalią Viecentą, i jej córkami – serdecznie pozdrawiamy :)

Na naszej plaży z imienniczką córki, panią Rosalią Viecentą, i jej córkami – serdecznie pozdrawiamy 🙂

PS Z braku dostępu do hiszpańskiej klawiatury i aby ułatwić lekturę, stosuję fonetyczny polski zapis pewnych hiszpańskich słów, a w toku tekstu nie będę stosował hiszpańskich akcentów ani odwróconych wykrzykników i znaków zapytania na początku zdań – proszę więc, niech wielbiciele i nauczyciele hiszpańskiego mi to wybaczą, skupiając się na miłości do Hiszpanii, która wypływa z ducha tekstu 🙂

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Powiało ciepłem.Nie spowodu klimatu z fantastycznego przekazu kontaktów mieedzyludzkich.Swietny przekaz.Mieszkalem w Hiszpanii 5 lat i mam podobny odbiór tego kraju i ludzi .Mucho Gracias.