Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

30.08.2016
wtorek

Baśń o chrapiących i niechrapiących

30 sierpnia 2016, wtorek,

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami w królestwie Insejnii nie było już wesoło. Do władzy doszedł nowy król Malus Wielki, którego bały się już nawet najmniejsze dzieci, bo znany był z surowego spojrzenia, chłodnego głosu i groźnego tupota. Król Malus Wielki przy każdej okazji powtarzał, że Insejnianie dzielą się na „prawdziwych” i „nieprawdziwych”, ci pierwsi są dobrzy i godni szacunku, ci drudzy to „zdrajcy”, „złoczyńcy” i wszelki niebezpieczny „element wywrotowy. Jak tylko odróżnić jednych od drugich, skoro wszyscy urodzili się na tym samym skrawku ziemi, pod tymi samymi gwiazdami? No właśnie, król Malus zlecił to zadanie swoim specjalnym służbom, bo wiedział, że takie odróżnienie będzie niezbędne.

Służby króla Malusa ogłosiły po roku intensywnych prac rozpracowanie tematu i królewscy kamerdynerzy za jego cichą zgodą odtrąbili sukces. Otóż wedle teorii Prawdziwego Insejniaństwa Stosowanego prawowici i godni chwały Insejnianie to ci, co gdy śpią, to głośno chrapią. Wtedy bowiem – uzasadniali w swoich raportach królewscy uczeni – jest pewnym jak kac po imprezie, że taki delikwent nic nie ma na sumieniu, bo pozwala sobie na głośny chrap. A ci, co nie chrapią – szli dalej w swoich teoriach eksperci królewskich instytutów – to na pewno coś knują. A przeciw komu – rozwijali myśl dzięki hojnym królewskim grantom przyszli laureaci państwowych orderów – mieliby w swoich snach knuć tacy jedni jak nie przeciw samemu królowi Malusowi Wielkiemu?

Od tego momentu wystąpienia przeciw niechrapiącym stały się stałym elementem wszelkich przemówień króla Malusa Wielkiego i jego dworu. Można było usłyszeć, że „niechrapiacy nie pochodzą z tych samych babek co chrapiący”. Tu i ówdzie dodano, że „niechrapiący w swych genach zawierają zdradę, a w ich żyłach płynie krew i limfa z ościennych królestw”. Dlatego – podnosili argument w debatach królewscy uczeni – tym bardziej nie można ufać niechrapiącym, „bo wiadomo, że będą zawsze działać w interesie prawdziwych ojczyzn ich pradziadów przeciwko Insejnii”. Kamerdynerzy króla wprowadzili cały cykl reform, tak aby w możliwie krótkim czasie zadbać o to, by wychować wszystkie dzieci, również tych niechrapiących, na „prawdziwych”, czyli chrapiących Insejnian.

Szczególną wagę w edukacji położono na rozwój umiejętności „motoryczno-bojowych” i na naukę wytężonego słuchu, tak aby mogli rozpoznać „chrapanie niechrapiących”. Nawet klasy o profilu matematycznym zaczęły się nazywać „matematyczno-szpiegowskimi”, gdyż cała nauka matematyki skupiła się na obsłudze chrapometrów, czyli liczeniu odstępów w chrapaniu oraz pomiarze jego siły i diagnozie możliwych płynących z tego prognostykach.

Królewscy kamerdynerzy wiedzieli jednak, że tak naprawdę zwykłego Insejnianina nie obchodzi, czy ktoś chrapie czy nie. Bo jak się w kimś taki Insejnianin zakocha, to już jest stracony dla króla i narodu, bo nie tylko chrapanie, ale i jego brak mu nie przeszkadza. W ogóle – ubolewali w swych doniesieniach królewscy agenci – nie dzieje się dobrze w naszym królestwie, bo lud prosty w ogóle nic nie robi sobie z zagrożeń, królewskich raportów nie czyta, a zamiast ekspertów królewskich woli słuchać w radiu rozrywkowej muzyki. I tak główny namiestnik króla Amargus Mocny zaczął zwoływać co tydzień Dni Chrapania Narodowego. We wszystkich miastach i wisach odbywały się wiece ku chwale pamięci najgłośniej chrapiących obywateli „Wielkiej Królewskiej WszechInsejnii”. Choć mało kto o nich wcześniej słyszał, a może i właśnie dlatego, Królewski Instytut Sztuk Prawomyślnych w ekspresowym tempie wydawał książki i filmy im poświęcone, tak by cały naród znał pionierów chrapania, a filmy na wszelki wypadek były stale załączane gratis do kolorowych królewskich czasopism.

Pewnego razu król Malus Wielki wyszedł ze swojej tajemnej pieczary i udał się na Powiatowe Dni Chrapania zorganizowane przez ludzi jego namiestnika Amargusa. Do końca czemu się tam pojawił osobiście, a nie przez telebim, nikt nie wie, na jego dworze mówiło się o tym, że większa nawet niż chęć kontroli poddanych była dokuczliwość samotności. Po tym seansie król wezwał swojego poddanego na nocną reprymendę w pieczarze i zarządził podkręcenie śruby. Jego zdaniem Amargus za dużo czasu poświęcał budowaniu pozytywnych mitów bohaterów, a za mało walce z niechrapiącym „elementem zdradzieckim”. Od teraz przynajmniej 50 proc. czasu antenowego i programu seansów miało być dedykowane na zwalczanie „niechrapiącego elementu”. Przejęty sprawą Amargus wykazał na tyle gorliwości w swoim oddaniu królowi, że wykonał 150 proc. normy i od tej pory chwalenie bohaterów złotej ery Wielkiego Chrapania stanowiło jedynie wstęp do napiętnowania tych co w dzisiejszych, jakże poważnych i wymagających narodowych poświęceń czasach, mają jeszcze czelność nie chrapać.

A co robili niechrapiący? Jak to co? Po prostu żyli, piekli chleby i smarowali pajdy masłem, tkali sukna i rozpalali w piecu ogień. W większości starali się nie obnosić z niechrapaniem, by nie podpaść czynnikom królewskim. Uważali nawet na to, by ich dzieci nie wiedziały, że oni nie chrapią, bo wiadomo, dzieciaki, jak to dzieciaki, jeszcze w szkole czy na placu zabaw komuś szepną o jedno słówko za dużo i będą kłopoty. Niektórzy udawali się nawet na królewskie wiece nienawiści do niechrapiących tak dla nie poznaki. Nieliczni, ci najbardziej odważni, wychodzili czasem na miasto w ukryciu i po zmroku pisali na murach szkół i więzień: „prawo do niechrapania prawem każdego człowieka!”. Takie akty oporu wiązały się jednak z dochodzeniem królewskich służb i zawsze następnego dnia Amargus Mocny paradował z grubym pasem, kompanią wojska i z nikczemnym uśmiechem wokół ustawionych pod pręgierzem, okutych w kajdany i rozebranych do naga rzekomych „winnych”, co skutecznie zniechęcało lud do wszelkich aktów dywersji.

Aż pewnego dnia na tajnym zebraniu bractwa niechrapiących, bo i takie mimo wszystko się zaczęły odbywać, pojawił się ferment świadczący o przesycie i woli zmiany. „Przestańmy się ukrywać!”. „Dość upokorzeń i szkalowania nas!” – wołano. I tak elitarna grupa niechrapiących postanowiła się zdekonspirować i w to niemieszczący się w głowach większości bractwa sposób. Postanowili bowiem wybrać się do samej stolicy na największy doroczny megaseans nienawiści do niechrapiących pod hasłem Dzień Antyniechrapania Nardowego z udziałem samego króla Malusa Wielkiego i jego namiestnika Amargusa Mocnego.

Specjalnie na tę okazję niechrapiący cichociemni przygotowali transparenty, które postanowili rozwinąć w kluczowym momencie seansu, gdy biczowaniu miał być poddany niechrapiący pechowiec, który wpadł w ręce bezpieki, gdy twardo zasnął na ławce na rynku i nie wydał z siebie żadnej oznaki chrapania. Ci z ruchu oporu postawili wszystko na jedną kartę i gdy królewscy kamerdynerzy pod sam pręgierz pechowca prowadzili, rozwinęli swoje transparenty. „Wszyscy jesteśmy ludźmi i szanujmy się!” – głosił jeden z nich, trzymany przez najwyższego. „Chciałabym chrapać jak wy, ale nie potrafię” – taki trzymała pewna ruda kobieta. „Kocham Insejnię i nie chrapię” – rozwinął dizajnersko zaprojektowany plakat wąsaty jegomość w marynarce średniego wzrostu. „Wszyscy jesteśmy Insejnianami i zakończmy tę cholerną wojnę!” – takie słowa można było przeczytać z najbardziej kolorowego trzymającej się za dłonie pary nastolatków.

W tym momencie dowódca gwardii królewskich janczarów wbiegł na scenę, by „z przyczyn bezpieczeństwa przerwać seans” i warknął krótko: „brać ich!”. Szczęśliwie niechrapiący sami uciekli, zostawili transparenty i skończyło się tylko na kilku kuksańcach i paru guzach. Następnego dnia jednak wszystkie królewskie kolorowe pisemka donosiły o odkryciu „nowego, szczególnie podłego i agenturalnego gatunku niechrapiących”, który wymaga „szerokiej gamy szybkich działań o charakterze reedukacyjno-penitencjarnym”, zanim „swoimi bulwersującymi prowokacjami” nie ogarnie całej w sumie nie tak złej i nawet w miarę zdrowej, a nawet momentami pożytecznej populacji niechrapiących…

Niniejsza opowieść ma charakter baśniowy i autor bardzo chciałby, aby jak najdalej odbiegała od podobieństw ze światem, w którym żyjemy. Jednocześnie autor przyznaje, że sam czasem chrapie, a czasem nie, podobnie jak jego najbliżsi – i serdecznie pozdrawia wszystkich chrapiących i niechrapiących. Szanujmy się nawzajem i będzie nam lepiej…

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Bajki muszą się dobrze kończyć, a tu jakoś nie wyszło. To mi nie pasuje do jogina śmiechu, a śmiechu jest nam teraz potrzeba bardziej niż kiedykolwiek. Proszę się poprawić na przyszłość.

  2. Nigdy nie lubiłem baśni, więc może dlatego nie zafascynowała mnie ta historia , ale lektura nasunęła mi taką oto myśl. Malus Wielki do pięt nie dorasta Jackowi Plackowi (czy jak mu tam było) w dzieleniu współbraci. Precyzyjne i jednoznaczne dzielenie współbraci (na chrapiący i niechrapiący) to chodzenie na łatwiznę. W idealnym dzieleniu chodzi o to, żeby wrogowie nie mieli wątpliwości, że są wrogami a swoi, żeby nigdy nie byli pewni, że są swoi – bo to byłby koniec zabawy (czyli Historii).
    Na przykład kiedy podzielimy krasnoludki na Prawdziwe Krasnoludki i pozostałe „coś tam”, to najlepszym kryterium podziału będzie właśnie ta „prawdziwość”. Wówczas takie „coś tam” nie będzie chciało być Prawdziwym Krasnoludkiem, bo to zbyt pompatyczne albo np. ideowo obce. Natomiast Prawdziwy Krasnoludek, albo aspirujący do tej roli, nie będzie miał nigdy pewności, czy jest Prawdziwym Krasnoludkiem, falsyfikatem, a może udaje, albo mu się tylko bardzo chce. O tym bowiem decyduje Jacek Placek, który, logicznie rzecz biorąc, powinien w niepodważalny sposób być Prawdziwym Krasnoludkiem. No właśnie kto rozstrzyga kim jest Jacek Placek ? Teraz to bajecznie proste – choć nawet w bajkach tak nie ma – teraz rolą rozstrzygających jest w pierwszym rzędzie rozstrzyganie we własnych sprawach